Blog > Komentarze do wpisu

Koszyk w drodze

Tegoroczny świąteczny koszyk dla Jochena, Mariki zwanej przeze mnie sikorką i Thomasa (z wiadomych przyczyn zwanego sikorkowym) jest już w drodze do Dortmundu dzięki uprzejmości znajomego moich znajomych. Zgodził się zboczyć nieco z trasy i odebrać go ode mnie. Cudowny człowiek. Przecież wcale mnie nie zna, a jednak zgodził się pomóc.

Od kilku lat, na każde święta, szykuję taki koszyk. Są w nim ulubione polskie produkty całej trójki: krakowska sucha, dżemy Łowicza, żubrówka, soki jabłkowe Tymbarku i obowiązkowo cukierki Wedla. Dla Mariki osobno lakiery Inglota, bo uważa, że są lepsze niż Diory i inne takie z górnej półki.

Co roku wiezie go inna osoba – najczęściej kierowcy rejsowych autobusów. Nikt mi nigdy nie odmówił zabrania koszyka. Może ma na to wpływ przedświąteczny nastrój, a może zwyczajnie trafiam na dobrych ludzi.

Ciekawa jestem czy Jochen i „Sikorki” spodziewają się przesyłki. Do tej pory zawsze dzwoniłam wcześniej, podawałam datę, miejsce i godzinę odbioru koszyka, a teraz cisza w eterze. Pan Maciej dostarczy go osobiście i zostawi na ganku. Powinien zdążyć przed przyjazdem Jochena. Ten plan uknuliśmy wspólnie, ładując koszyk do samochodu.

...

Jochena poznałam wiele lat temu. Właściwie przez przypadek. W drugiej klasie liceum pojechałam na wymianę szkolną do Niemiec. Co prawda mój niemiecki pozostawiał wiele do życzenia, ale gdzie najlepiej uczyć się języka? W kraju, w którym mówi się w nim na co dzień.

Zamieszkałam u Irene. Od razu mi powiedziała, że nie lubi chodzić na imprezy, więc jeśli ja lubię, poprosi kogoś ze swoich znajomych, żeby mnie zabrał.

Dla mnie życie bez tańca nie istnieje, więc Irene umówiła mnie ze swoimi koleżankami i kolegami. Znajomym jednego z nich był właśnie Jochen. Starszy ode mnie o ponad dziesięć lat. Wtedy to było dużo, bo byłam nieco rozbrykaną 16-latką, a on już poważnym facetem. Tak to przynajmniej widziałam.

Następnego dnia Jochen zadzwonił do Irene i zaprosił nas do swojego ogrodu na grilla. Było fajnie, wszyscy starali się ze mną dogadać – dużo machaliśmy rękami, sporo rysowaliśmy a słownikowe kartki fruwały w tę i we wtę. I tak przez cały tydzień Jochen i jego znajomi organizowali mi różne atrakcje. Sporo się wtedy nauczyłam i "rozwinęłam się językowo", bo cały czas przebywałam z Niemcami, którzy bardzo starali się mi pomóc.

Kiedy wracałam do Polski, Jochen poprosił o mój numer telefonu i adres mailowy. Dałam bez przekonania, dostałam jego i myślałam, że to by było na tyle. Tylko, że on wysłał maila, że mam dać znać jak dotrę do domu. Uznałam to za nieszkodliwe dziwactwo (bo Jochen ani brat ani swat, to co się przejmuje?). Jednak skoro człowiek prosił o danie znaku życia, odpowiedziałam. Potem były kolejne maile. Nie wiem skąd Jochen miał tyle cierpliwości, żeby poprawiać moje błędy i odsyłać mi poprawione. I tak sobie korespondowaliśmy przez cały rok – o bzdurach, pogodzie, o tym jak mi idzie w szkole, ...

Dokładnie rok później znów wylądowałam w tym samym miejscu na wymianie. Mieszkałam tylko u innej rodziny. Już pierwszego dnia Jochen przyjechał do rodziców Cristiny, przedstawił się, powiedział, że jest moim znajomym, zostawił numer telefonu do siebie i zabrał mnie i ją na wycieczkę. Historia się powtórzyła. To on organizował mi czas, a przy okazji moim znajomym. Nasze polskie nauczycielki, z którymi przyjechaliśmy, też go poznały. Mieliśmy jechać całą grupą zwiedzać browar, ale okazało się, że ktoś nawalił i zabrakło samochodów do przewiezienia części osób. Sprawa wyszła na jaw wieczorem dzień przed wycieczką i postanowiono, że jedzie ta grupa, dla której są miejsca, a reszta wraz z jedną nauczycielką zostaje. Akurat widziałam się później z Jochenem i wspomniałam mu o całej sytuacji, dodając, że ja już wprawdzie byłam w tym browarze, ale pozostałe osoby nie i szkoda, że nie pojadą. Powiedział, że mam się nie martwić, bo wszyscy pojadą. Miałam tylko powiadomić „poszkodowanych”, że rano mają być pod szkołą. Zadzwoniłam do swojej nauczycielki i przekazałam, że cała grupa ma być rano w umówionym miejscu.

Pojechaliśmy wszyscy. Jochen załatwił trzy samochody. Jako kierowcy pojechali: on, Thomas i Tobi. Kiedy moja nauczycielka zapytała Jochena dlaczego nam pomógł, powiedział, że spodobało mu się, że pomyślałam o innych. Uśmiechnęłyśmy się obie, a ona dodała: I dlatego, że lubisz Aśkę, prawda?

Kiwnął tylko głową.

...

 

Po roku zobaczyliśmy się kolejny raz. Przez dwa lata na tyle podszkoliłam swój niemiecki, że mogliśmy rozmawiać bez większych problemów i na więcej tematów. Odkrywaliśmy, że lubimy ten sam rodzaj sztuki, czytamy te same książki, oglądamy te same filmy..., a ja odkryłam, że Jochen traktuje mnie wcale nie jak koleżankę, a jak przyjaciółkę.

Nie zauważyłam tego, a on sam nigdy mi o tym nie powiedział.

...

 

Za zgodą nauczycielek pojechałam z Dominiką do Dortmundu. Od naszego tymczasowego miejsca zamieszkania była to tylko godzina drogi. Chciałyśmy zwiedzić miasto, zobaczyć stadion, bo obie jesteśmy fankami piłki nożnej i wrócić ostatnim pociągiem. Po powrocie miałyśmy zameldować się telefonicznie, że jesteśmy.

Problem w tym, że ostatni pociąg nie przyjechał. Utknęłyśmy. Zadzwoniłam do Jochena i w płacz, że jesteśmy w Dortmundzie, nie ma pociągu, nie mamy jak wrócić i niech nas ratuje.

Powiedział tylko: Nie płacz, rozłącz się, zaraz do ciebie zadzwonię. Oddzwonił błyskawicznie i trzymając mnie przy jednym telefonie z drugiego z kimś rozmawiał.

– Cześć, słuchaj moja przyjaciółka z Polski, znasz ją ze zdjęć, tak ta Asia, jest z koleżanką u nas na dworcu, nie przyjechał ich pociąg. – Super, już jej mówię.

- Joaszka, jedzie po was mój kolega, nie wychodźcie same z dworca.

Zapytałam dlaczego powiedział „ u nas” i jak poznamy tego kolegę? Kolega miał poznać mnie, a czemu „u nas” miałam dowiedzieć się później.

Jens przyjechał błyskawicznie. Skojarzyłam, że też widziałam go na zdjęciach. Zabrał nas do fajnie urządzonego domu. Zostawił mi klucze, powiedział, że mamy czuć się jak u siebie i pojechał. Nie minęła chwila zadzwonił Jochen z wiadomością, że nauczycielki wiedzą, że zostałyśmy u niego w Dortmundzie i że rano nas odwiezie. Mamy wziąć ręczniki z szafki w łazience, wybrać sobie po koszulce z szafy, wykąpać się i iść spać.

- To my jesteśmy u ciebie? – zapytałam zdziwiona. - Przecież mieszkasz w Hamm.

- U mnie. A mieszkam i tu i tam, i nie tylko – roześmiał się. – Dobranoc dziewczyny.

Położyłyśmy się spać. Dominika zasnęła szybko. Ja kręciłam się z jednego boku na drugi, a sen nie nadchodził. Zrobiłam sobie herbatę i włączyłam telewizor. Po drugiej w nocy przyjechał Jochen. Widać było, że jest piekielnie zmęczony. Okazało się, że po moim dramatycznym telefonie i zorganizowaniu „akcji ratunkowej”, od razu wsiadł do samochodu i przejechał ponad 300 kilometrów, żeby rano odwieźć mnie i Dominikę, bo tak obiecał nauczycielce.

Kiedy wracałam do sypialni odwróciłam się i zapytałam: - Dlaczego powiedziałeś Jensowi, że jestem twoją przyjaciółką?

- Bo jesteś – padło w odpowiedzi. – Kładź się, bo rano nie wstaniesz. – Śpij dobrze Joaszka.

Nie traktowałam wtedy Jochena jak przyjaciela. Może byłam na to zbyt smarkata, żeby zrozumieć, że z jego strony to jest przyjaźń... Dla mnie był kolegą, na którego mogłam liczyć i tyle.

Rano zadzwonił do mojej nauczycielki i powiedział, że zaraz wyjeżdżamy. Poprosiła mnie do telefonu i powiedziała: Aśka, ty masz dziewczyno szczęście, takiego przyjaciela to ze świecą szukać.

Dopiero wtedy otworzyła mi się odpowiednia klapka w mózgu i zrozumiałam, że ratowanie mnie z opresji, poprawianie szalika (które doprowadzało mnie do szewskiej pasji) czy oddawanie własnej kurtki, żebym nie zmarzła, to od samego początku coś więcej niż bycie kumplem.

...

Nie byłam i nie jestem najlepszą przyjaciółką pod słońcem.

A teraz chciałabym zobaczyć minę Jochena kiedy znajdzie koszyk.

poniedziałek, 22 grudnia 2008, rumi4n3k

Komentarze
2008/12/22 14:40:41
Gratuluję wygranej. Wesołych Świąt
-
2008/12/22 17:41:02
Dziękuję i także życzę pogodnych świąt. :)