RSS
czwartek, 10 września 2009

Ostatnimi czasy często słyszę, że zyskuję przy bliższym poznaniu.

Pierwsze wrażenie?

Zimna, zdystansowana, pewna siebie, poukładana, zero spontaniczności. Do tego wrednawa w komentowaniu rzeczywistości i zaczepnie acz inteligentnie złośliwa.

Co za „fantastyczny” zbiór cech...

Kiedy usłyszałam coś podobnego od Marcina, z którym się przyjaźnię, zaczęłam zastanawiać się czemu tak jest. Ok, jestem pewna siebie i poukładana, bywam wredna i złośliwa, ale zimna, zdystansowana i niespontaniczna?

Najczęściej nie ma się szansy na sprawienie drugiego wrażenia, więc pewnie powinnam popracować nad swoim wizerunkiem. Tylko czy warto?

Może lepiej niech zostanie jak jest?

Jak ktoś będzie chciał mnie poznać, to pozna, jak nie, to nie.

Tak się jakoś złożyło, że nasze „połówki” (nasze czyli Marcina i moja) uchodzą za te wesołe, spontaniczne, rozrywkowe, a my dwoje za tych stonowanych, niespontanicznych i mało rozrywkowych. A jaka jest prawda? Zupełnie odwrotna. Bo to my potrafimy szaleć na środku fontanny, głaskać na środku rynku mosiężne żaby (żeby przyniosły nam szczęście) czy... przynieść temu drugiemu kawę w woreczku.

Taką kawę dostałam prosto na biurko.

Marcin stwierdził, że może mi przynieść od siebie z biura kawę w woreczku, bo oni mają ekspres do kawy, a ja nie. Czemu w woreczku a nie w filiżance?

A czemu nie?

Dziwne pomysły to nasza specjalność.

Pewnego dnia stwierdziłam, że chcę kawę. Koniecznie w woreczku, bo taka była obiecana. Minęło kilka minut od złożenia zapotrzebowania, gdy do mojego biura wparował Marcin, drąc się  od progu: „Dawaj nożyczki”. W rękach dzierżył siatkę, a w siatce, w plastikowej koszulce na dokumenty, pływała kawa ze śmietanką. Koszulkę zawiązał na artystyczny supeł, więc potrzebne były nożyczki, żeby go rozciąć i przelać kawę z koszulki do kubka.

Popłakałam się ze śmiechu. Niestety byłam akurat w trakcie rozmowy telefonicznej. Łzy płynęły mi po policzkach, ale w głosie próbowałam zachować powagę. Raczej średnio mi wyszło.

Kawa za to była pyszna i chyba zamówię sobie taką na środę. Też w koszulce. ;)

Marcin zapytany u siebie w biurze podczas przelewania kawy do koszulki: Co robisz?, stwierdził, że „eksperyment”. To nieco zaburza jego wizerunek stonowanego i poważnego człowieka, ale cóż... drugie wrażenie mówi o nim tak samo dużo jak o mnie. Zero powagi, kiedy nie jest potrzebna, do tego pełna spontaniczność, kiedy można sobie na nią pozwolić i masa (czasem głupawych) pomysłów na dobrą zabawę.

Cóż, może jesteśmy mistrzami świata w sprawianiu wrażenia. ;)

14:51, rumi4n3k
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 stycznia 2009

 

Miejsce: Kuchnia w mieszkaniu przy ul. XY w G.

Obecni: pani, pan, Wisława Łaszewska oraz Fuzio Adamowicz

Opis zbrodni: Skradziono pół bochenka foremkowego chleba żytniego

 

A wszystko zaczęło się tak.

 

- Łasicooo, widziałaś chleb? – ryknął z kuchni pan do pani siedzącej w pokoju.

- Nieee, dziś nie – odryczała pani – ale widziałam wczoraj wieczorem, że leżał na stole.

- Ale go nie ma! – wrzasnął pan.

Pani podniosła się z kanapy i poszła do kuchni.

Spojrzała na stół.

Chleba nie było.

- Może zjadłeś w nocy? – zapytała pana.

- Nie jadłem w nocy kobieto.

- Aaaa – przypomniała sobie pani – w nocy ściągałam Fuza ze stołu, bo po umyciu podłogi nie odstawiłeś kosza na miejsce i wdrapał się po nim na blat.

Niczego nieświadomy Fuz wszedł do kuchni.

– Fuziu, gdzie jest chleb? – zapytała pani.

Fuz popatrzył na nią ze zdziwieniem i mruknął pod noskiem: Chleb? Jaki chleb?

-  Ha! Popatrz jak zgrywa głupiego – powiedziała pani do pana i wzięła Fuza na ręce.

Następnie przesunęła kosz tak, jak wczoraj zostawił go pan. Postawiła przy nim Fuzia i powiedziała: - Proszę bardzo, Fuz pokaże jak wszedł na stół.

Ciamajda Fuzio wdrapał się po koszu i z wieka podciągnął się na blat.

- A teraz Fuz pokaże gdzie wyniósł chleb – rzekła pani ściągając podejrzanego ze stołu i stawiając na podłodze.

Popatrzył na mnie i szepnął: - Wisiu, jaki chleb?

Zmierzyłam go wzrokiem i zaczęłam podskakiwać z radości – nikt mnie nie podejrzewa, wszystko będzie na ciapę! Jakaż ja jestem sprytna! I jak to genialnie wymyśliłam!

Pan popatrzył na mnie i szturchnął panią.

- Zobacz jak włochata się cieszy – powiedział.

Zamarłam, a po chwili ruszyłam w stronę drzwi.

- Wisławo stój! – krzyknęła pani. – Coś mi się zdaje, że masz nam coś do powiedzenia.

Zgrywać głupią czy przyznać się – kalkulowałam na szybko, co bardziej się opłaca.

Może jak się przyznam, to będzie szczególne złagodzenie kary...

Podeszłam do kosza i szybko wskoczyłam na stół, pokręciłam się po blacie i zlazłam.

- Więc to tak... – powiedziała pani – też byłaś na stole i to ty ukradłaś panu chleb, a potem udawałaś, że nie wiesz o co chodzi i jeszcze cieszyłaś się, że obrywa Fuzio. Nieładnie Wisławo, bardzo nieładnie.

Pozostało oddać dowód zbrodni.

Poszłam za szafkę i wyciągnęłam zza niej pół bochenka foremkowego chleba żytniego ogryzionego z jednej strony.

Pan pogroził mi palcem, a pani kazała iść do pokoju i przemyśleć swoje zachowanie. Na odchodne powiedziała jeszcze, że tego się po mnie nie spodziewała i że dobrze wiem, że nie wolno mi ruszać ludzkiego jedzenia. I zupełnie na koniec zrugała pana, że nie odstawił kosza, więc pan rzucił focha.

Kurczę pieczone! (mniam) A wszystko przez kawałeczek chleba. No dobra, jak dla mnie, przez kawał - pyszny kawał!

 

Wisława-zbrodniarka

09:17, rumi4n3k
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 stycznia 2009
  

A niech spróbuje nie być!

Odstawiłam w końcu wszystkie rytuały:

- nowe majtki (kupione za bonusowe pieniądze) były,

- siedzenie na złotówkach i euro + pocieranie rąk banknotem zaliczone,

- 12 winogron zeżartych w odpowiednim czasie,

- śmieci wyrzucone,

- naczynia zmyte,

- wszystkie brudy wyprane,

- euforyczny taniec wyganiania szczura odstawiony,

- oddzwonienie starego roku i wydzwonienie nowego - udane,

- i przez cały ostatni dzień roku udało mi sie nie wkurzyć (nie darłam też paszczy) - a to już jest niewątpliwy sukces, bo niewiele brakowało, żeby „plan zen” poszedł się paść na zieloną łąkę.

Nawet czarny kot był łaskawy, bo szedł równolegle do mnie, a nie lazł mi przez drogę.

 31.12.2008 - od rana w pracy.

Cóż, jedni pracują, drudzy nie. Normalka.

Trochę dobiła mnie informacja, że sklepy na osiedlu zamykają o godzinie 15, a ja miałam kwitnąć w pracy do 16, ale Szyma oświeciło (chyba widmo głodowania podziałało). Zadzwonił do zaprzyjaźnionej obsługi sklepu i zamówił, co było trzeba. I zdążył odebrać.

Uff.

Po powrocie z biura, zrobiłam obiecany chłopakom Zwiebelsahneschnitzel z drobną modyfikacją – w roli mięsiwa wystąpiły „kurze cycki”. Sałatkę owocową na szczęście przygotowałam dzień wcześniej i czekała spokojnie w lodówce razem z galaretkami w skórkach pomarańczy. Tych ostatnich zapomniałam zabrać na imprezę, ale... co się odwlecze, to nie uciecze. Zjemy je jutro.

Zdążyłam jeszcze w starym roku „ufarbować” włosy. Na ostatnią chwilę, ale liczy się fakt, że plan został zrealizowany.

Chłopaki postanowili, że Marcin po nas przyjedzie, żebyśmy nie tłukli się komunikacją miejską. To też była dobra decyzja. Mimo że mam bujną wyobraźnię, nie wyobrażam nas sobie z 3 torbami żarcia (w tym zawartość płynna w naczyniu do zapiekania) i picia, także dobrze się stało, że ktoś nad odebrał z tobołami.

Fretki, ku ich wielkiej radości, też zostały zaproszone.

Zaraz po przyjeździe zapytałam gospodarzy (tak samo szurniętych jak ja na punkcie wypełniania „pogańskich rytuałów”* na nowy rok) czy mają poprane wszystkie rzeczy. (* określenie mojego Taty)

Jacek wpadł w panikę, że nie i odbyło się sortowanie i pranie ciuchów. Nazbierało się na 3 pralki. Szał w oczach – bezcenny. Ja sprytnie ostatnie pranie nastawiłam zanim wyszliśmy z domu i tym sposobem pozbyłam się wszystkich brudów przed nadejściem nowego roku.

Od dziewiątej wieczorem oglądaliśmy rosyjski program noworoczny – naprawdę świetnie przygotowany, a Nowy Rok witaliśmy na plaży.

Ponieważ co roku wychodziliśmy z domu za późno, tym razem już o 23:15 kłapałam dziobem, że wychodzimy i to natychmiast. I co? Wyszliśmy za dwadzieścia pięć minut dwunasta i prawie biegiem podążyliśmy nad morze. Tu prawie legł w gruzach mój „plan zen”, ale udało mi się opanować narastającą wściekłość, co zostało przyjęte z niedowierzaniem i radością. Wpadliśmy na plażę pożerając w biegu 12 winogron. Nikt się nie udławił. Tylko Jacek ze stoickim spokojem, olewając kompletnie uciekający czas, jadł winogrono po winogronie uśmiechając się niczym Kot z Cheshire. Wypiliśmy szampana i odbyło się pocieranie pieniędzmi, więc mam nadzieję, że finansowo 2009 rok będzie dobry.

Nie mogło też zabraknąć zimnych ogni i witania Nowego Roku dzwonkami.

Dzieciarnia skwitowała, że owce idą.

Przy okazji okazało się, że są jeszcze ludzie, którym niewiele trzeba do radości. Mijająca nas przy wyjściu z plaży grupka, złożona z trzech dziewczyn i chłopaka, złożyła nam życzenia, a Szym dał dziewczynom odpalone zimne ognie. Takiej radości już dawno nie widziałam. Drobiazg, a cieszy.

Żeby nie ryzykować, w tym roku ominęliśmy w drodze powrotnej deptak, bo w zeszłym roku tam właśnie pijane wyrostki zaczepiały ludzi. Skończyło się wezwaniem Policji, bo towarzystwu za bardzo szumiało w pustych łbach i dziewucha z tej pijanej bandy uderzyła przechodzącą dziewczynę. Także poprzedni rok zaczynaliśmy nerwowo z wyciem syren w tle.

Tym razem udało nam się wrócić bez tego rodzaju przygód, co dobrze rokuje.

Furorę robiły świecące kółka, które porobiłam z fluorescencyjnych patyczków. Chłopaki zażyczyli sobie aureole, a ja miałam „łańcuch” na szyi. Musieliśmy śmiesznie wyglądać.

Wszystko układało się podejrzanie dobrze. Co dziwne, udało nam się o trzeciej nawet szybko dodzwonić po taksówkę.

Jedyną niespodzianką był fakt, że kiedy przyjechała, kierowca zapytał nas czy przy zamawianiu mówiliśmy, że ma być przewóz psów-kotów. Nie mówiliśmy, bo nigdy nie mówimy, to raz, a dwa powiedziałam panu, że to nie są ani psy ani koty. Spojrzał na mnie jak na kretynkę. Okazało się, że ta korporacja taksówkarska liczy sobie ekstra 7 zł za przejazd zwierzaków i..., że nie wszyscy je przewożą. Kompletnie tego nie rozumiem, zwłaszcza, że kontenerek Wisi i Fuza nie jest duży (mieści się na kolanach) i nigdy w żadnym mieście nie płaciłam za zwierzaki dodatkowo. W każdym razie fretki zapłaciły 7 zł (tylko czemu z mojego portfela?) i pojechały z nami. Zadowolone oczywiście.

Zakończenie starego roku i początek nowego uważam za udane i tym samym witam fantastyczny 2009 rok. Inny być nie może!

A postanowienie mam jedno – nauczyć się być większą egoistką (pod tym kryje się: mieć czas dla siebie, walczyć o swoje, myśleć częściej o sobie, itd.).

Poza tym życzę sobie, żeby udało mi się zrealizować to, co w ciągu roku wymyślę.

 P.S. 26.01.2009 zamierzam jeszcze świętować ostateczne pożegnanie szczura. Będzie bal!

10:54, rumi4n3k
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2008
 

Jak co dzień jechałam tramwajem do pracy i  stałam się  świadkiem takiej sceny:

Na jednym z przystanków stała młoda mama z dzieckiem w wózku. Kiedy tramwaj podjechał i otworzyły się drzwi, kobieta podeszła i zapytała czy ktoś ze środka mógłby jej pomóc wnieść wózek.

Cisza.

Wszyscy siedzący zajęli się podziwianiem przez szybę otoczenia, a stojący udawali, że nie słyszą.

Nie powinnam podnosić ciężkich rzeczy, ale ruszyłam do drzwi. Pomyślałam, że jakoś we dwie damy radę, a mój łokieć wytrzyma jeden dobry uczynek.

- Gdzie się pani pcha? – warknął do mnie stojący przy drzwiach facet.

- Przecież powiedziałam „przepraszam”, a pan udaje, że nie słyszy! – odwarknęłam równie uprzejmie. – Poza tym pani prosiła o pomoc we wniesieniu wózka, tego pan też oczywiście nie słyszał...

- Jak się narobiło bachorów, to trzeba se radzić bez zawracania dupy innym! – usłyszałam w odpowiedzi.

Szlag jaśnisty mnie trafił.

- A pan to niby skąd się wziął na świecie? Bocian pana przyniósł, czy w kapuście pana znaleźli? – zapytałam piorunując delikwenta spojrzeniem.

Grdyka zaczęła mu chodzić. Nie zdążył otworzyć paszczy, kiedy dodałam: - Obstawiam to drugie, bo głąby są ewidentnie z kapusty.

Ludzie nagle odzyskali słuch i rozległy się śmiechy.

- Skoro państwo jednak słyszą, to proponuję, żeby któryś z panów jednak pomógł wnieść wózek. – Może pan? – zapytałam stojącego najbliżej mnie faceta.

- Ja? – odezwał się ze zdumieniem wielkości Mont Blanc.

- A czemu nie? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

- No dobrze – sapnął – bo mi pani żyć nie da. - Biedny pani mąż!

I pomógł wnieść ten nieszczęsny wózek.

Całe 9 sekund „ciężkiej” pracy (specjalnie spojrzałam na zegarek).

Dobrze, że to był przystanek przesiadkowy i tramwaj zatrzymał się na nieco dłużej niż zwykle, bo tak dziewczyna stałaby z wózkiem dalej na mrozie i czekała aż ktoś się zlituje.

Świadkiem czegoś takiego byłam kilka lat temu i do dziś nie mogę o tym zapomnieć – tylko wtedy dotyczyło to chłopca z siostrzyczką w wózku i drugą przy wózku. Obserwowałam go stojąc na innym przystanku. Podjechał jeden autobus, potem drugi i kolejny. Do każdego chłopiec podchodził do drzwi, coś mówił i odchodził. Zdziwiło mnie to trochę, ale myślałam, że chłopiec pyta czy danym autobusem dojedzie tam, dokąd chce dojechać. Gdy jednak odjechał kolejny autobus, a dzieciak dalej stał, poszłam zapytać, dokąd chce się dostać.

Ręce mi opadły.

Chłopiec mógł jechać każdym z tych autobusów, które odjechały, tylko nikt nie chciał mu pomóc wnieść wózka. Kiedy zapytałam, dlaczego nie ma z nim nikogo dorosłego, usłyszałam, że jego mama jest bardzo chora i nie może wyjść, więc on odprowadza siostry do żłobka i je odbiera i, że normalnie przyjeżdżały autobusy niskopodłogowe, ale dziś nie, więc tak stoi i czeka i prosi, ale wszyscy kręcą głową.

Co za wstyd!

Poczekałam z dzieciakami na kolejny autobus, wniosłam wózek i poprosiłam kierowcę, żeby zwrócił uwagę na tego chłopca i pomógł mu na odpowiednim przystanku. Facet na szczęście obiecał zająć się dziećmi.

...

Tak sobie myślę, że jako społeczeństwo jesteśmy jednak mało życzliwi, jeśli pozwalamy na to, żeby kobieta szarpała się z wózkiem usiłując wnieść go do tramwaju czy autobusu albo mamy w nosie prośbę dziecka o prostą pomoc.

Nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli pomoże wnieść wózek. To tylko kilka sekund.

Dlaczego więc tak trudno zdobyć się na życzliwość i pomóc?

 

Proste gesty powodują, że świat zaczyna się zmieniać.

Ja w to wierzę.

11:43, rumi4n3k
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008

Pani dała mi i Fuziowi białą skarpetkę z dzwoneczkiem. Jest w niej coś pachnącego.
Fuz od razu ją dopadł i zaczął podrzucać nosem.
- Durniu włochaty – syknęłam – zostaw to!
- A niby dlaczego? - zapytał nosowym głosem podrzucając nadal nową zdobycz.
- Widzisz jaki to ma kolor? - kontynuowałam.
- A ty nie widzisz?
- Widzę, pytam ciebie Fuźlinie.
- Eeee, noooo, biaaały - odpowiedział Fuz nieco zdezorientowany.
- No właśnie! Biały! A co Trinny i Susannah mówiły o noszeniu białych skarpetek?
- Eee, a kto to są te baby? - jęknął - Koleżanki pani?
- Nie mówi się baby, to raz, a dwa, jakie koleżanki?! To te panie z telewizji, które rozbierają Wielką Brytanię!
- Aaaaa, te dwie od staników! - wrzasnął Fuz uradowany. - To już wiem. Ale my nie mieszkamy w Wielkiej Brytanii...
- Ja cię nie pytam gdzie mieszkamy, bo to teraz najmniej istotne - wysyczałam. Pamiętasz taki odcinek o garniturach i skarpetkach?
- Nooo, było coś takiego i nasza pani mówiła, że to obciach... o kurczaczek pieczony z masełkiem...
- Właśnie! Że to obciach nosić białe skarpetki do ciemnych spodni - dokończyłam.
- To po co dała nam białą skarpetę, skoro mamy ciemne nogi? - zapytał Fuz, jak zwykle nic nie rozumiejąc.
- Pewnie chciała sprawdzić czy pamiętamy co mówiła. No wiesz, tak jak sprawdza pana czy słucha, kiedy mówi do niego: "Powtórz moje ostatnie zdanie".
- Och, Wisławo jesteś tak samo sprytna jak nasza pani - powiedział Fuz z uznaniem. To zostawmy tę skarpetkę i obchodźmy ją szerokim łukiem.
- No jasne - rzekłam dumna z siebie - wtedy pani zobaczy, że jej słuchamy. I, że nie nosimy obciachowych skarpetek. O!

Wisława-słuchająca

17:35, rumi4n3k
Link Dodaj komentarz »
 

Chciałam szybko załatwić sprawę faktur, więc zabrałam się za nie od razu po przyjściu do biura.

O 11 były gotowe. Równy stos wydrukowanych, podstemplowanych i podpisanych czekał na podzielenie według kontrahentów i wydanie.

Przed chwilą coś mnie tknęło i postanowiłam jeszcze raz wszystko sprawdzić.

I co odkryłam?

Po numerze 2099 jest numer 3000.

Cudownie...

Brawa dla tej pani!

Na szczęście do poprawy jest tylko 61 sztuk, ale to równa się stu dwudziestu dwóm podpisom i pieczątkom.

Bleeh.

Znów mnie będzie ręka bolała.

Przypomniałam sobie, jak mówiłam, kiedy chcieli mnie w święta nauczyć grać w kanastę, że nie umiem liczyć...

No to sobie głupio wykrakałam.

Do tego chciałam mieć szybciej niż zwykle...

To się diabeł się cieszy!

15:18, rumi4n3k
Link Komentarze (2) »
  

Wybraliśmy się wczoraj popołudnio-wieczorem do kina.

Bilety masakrycznie drogie, ale nie ja płaciłam, to nie mam co narzekać.

Po tym wyjściu do kina uroczyście oświadczyłam, że nie pójdę już na żaden seans przed godziną 20:30.

Dlaczego?

Zwyczajnie mam nadzieję, że po tej magicznej godzinie nie natknę się na hordy rozwrzeszczanych/rozchichotanych/wywalających popcorn* dzieci.

(*niepotrzebne skreślić)

...

 

Obecność małolatów na sali kinowej dała się zauważyć już przy wejściu.

Na świeżo odkurzonej podłodze (obsługa sprzątająca zwijała akurat przed salą kabel przy odkurzaczu) malowniczo ścielił się dywan popcornu, a chichoczące upiornie dziewczę pędziło schodami w dół, taranując przy tym wchodzących. Z wrzasków pozostałych „nielatów” wynikało, że to ona była sprawczynią wysypania popcornu i „poleciała po nowy duży kubełek”.

Zajęliśmy miejsca.

Za nami siedziały trzy panienki w wieku hmmm... 9-10 lat z nieco starszą osobniczką.

Dzieciarnia nie nadążała z czytaniem (bo film z napisami, no co za pech!), więc gadała, żarła popcorn, siorbała napoje przez słomki, a jak płyn się skończył merdała słomkami w kubkach i szeleściła czymś bliżej niesprecyzowanym – jednym słowem przeszkadzała w oglądaniu. Dyskretne odwracanie się i piorunowanie wzrokiem niestety nie skutkowało. Wzmagało jedynie chichot. Chęć mordu rosła mi wprost proporcjonalnie do „szelestosiorbaniochrumkania”, więc nie wytrzymałam i zapytałam czy mają zakręcone ogony, bo zachowują się jak w chlewie.

Mój błąd.

Chichotały do końca filmu.

A jakby tej trójcy było mało, obok siedziała dziewczyna i dwóch chłopaków – pi razy drzwi w naszym wieku. Ona zainteresowana filmem, oni zainteresowani obgadaniem wspólnego kolegi, najnowszych modeli samochodów, hemoroidów babci i Bóg wie czego jeszcze.

Gdyby film trwał dłużej niż półtorej godziny, pewnie poznałabym wszystkie dolegliwości piekielnej rodzinki, a tak tylko dowiedziałam się, że babcia ma hemoroidy, dziadek nadciśnienie, a ciocia podwyższony poziom cholesterolu.

W takich warunkach trudno jest skupić się na fabule. Pomijam ten drobiazg, że oglądając filmy angielsko-, hiszpańsko- i niemieckojęzyczne staram się słuchać dialogów... To fajne ćwiczenie języka i uczenie się nowych słów.

Tym razem jednak nie dało się.

Film w sumie był fajny, ale oglądanie go w towarzystwie chrumkająco-skrzeczących panienek, gadających facetów i rozwalonego popcornu spowodowało, że sporo straciłam i powinnam obejrzeć go jeszcze raz. Tym razem bez wątpliwych chlewikowych atrakcji.

  
12:00, rumi4n3k
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 grudnia 2008

Przedstawiciela jej rodziny zobaczyłam kilka miesięcy temu na zdjęciu w internecie.

Słodki, inteligentny, rudawy pyszczek, błyszczące oczka i mały czarny nochal.
Cudo.

I chociaż to strasznie infantylnie zabrzmi, zakochałam się w tym zwierzaku.

Przy każdej okazji nadawałam, że „taaaaki słoooodkiiii” i pasowałby do mnie idealnie. Jednym słowem – wierciłam Szymowi dziurę w brzuchu.
Ostatnio jednak odpuściłam sobie gadanie, bo nie przynosiło spodziewanych efektów.

...

Przyjechała do Gdańska w poniedziałek i została przede mną skrzętnie ukryta.

Dostałam ją dopiero wieczorem 24 grudnia. Swoją drogą to dziwne, że jej nie zauważyłam wcześniej.

Zero przeczuć.

To absolutnie śliczny i nad wyraz rozwinięty szczeniak urodzony w krakowskiej hodowli.
Ma duże czarne oczy, śmieszny nosek i delikatne łapki. Poza tym jest szara, a nie ruda, jak widziany przeze mnie wcześniej członek jej rodziny.
Fajnie jest przytulić się do jej długiego, puszystego, mięciutkiego ciałka.
No i rzeczywiście pasujemy do siebie.

Dziś wymyślaliśmy dla niej imię.

Pomysłów było sporo.
Najpierw miała mieć niemieckie imię tak jak Wisława, która naprawdę ma na imię Wiesel, i tak jak Fuz czyli Fussel. Do niej jednak nic niemieckiego nie pasowało.
Ostatecznie stanęło na: Charlotta deLis i tak zostanie. W skrócie „Szar(l)otka”.
Właśnie leży na moim ramieniu i dotyka mojego policzka swoim słodkim pyszczkiem.
Nawet moja Mama uznała, że jest cudowna, a w jej ustach to duży komplement.
Charlotta podoba się wszystkim oprócz... Wisławy.
Wiśka poczuła się zagrożona, widząc jak Szarotka umościła się na moich kolanach. Teraz to pan jest jej ulubieńcem. A mi za karę nasikała koło butów. Jak foch, to foch...
Z czasem jednak przyzwyczai się do nowego domownika.
Fuza też na początku nie lubiła, a teraz to jej najlepszy przyjaciel.
Jestem więc dobrej myśli.

I znów my, baby, mamy przewagę w domu.

 

Charlotta deLis, Rodzina: Foksów,  Hodowla: Celapiu

23:58, rumi4n3k
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 grudnia 2008

Dziś jest ten dzień!
Ubieramy naszą choinkę.
Fuz pierwszy dorwał się do bombek. Wskoczył do pudełka i trącał nosem wszystkie kolorowe kulki. Teraz nos mu się świeci.
Ja jestem mądrzejsza i ruszam tylko bombki bez brokatu – na przykład ulubioną paniną pomalowaną przez uczniów jej mamy. To jest bombka z serii bombek pod specjalnym nadzorem, więc muszę ją dotykać szybko i jak pani nie widzi. Gdybym ją, nie daj boże, stłukła, oj... byłaby awantura na sto fajerek. Tak jak w zeszłym roku, kiedy zbiłam (niechcący!) szklany sopel.
Dzisiejsza afera wybuchła z powodu tajemniczego zniknięcia starego, drewnianego ptaszydła.
Oczywiście widziałam je w zeszłym roku i obchodziłam na choince szerokim łukiem, bo ani się nie błyszczy, ani ładne, ani fajne, ani przejrzeć się w nim nie da...
Pani przeszukała wszystkie pudła i „załapała nerwa”, bo drewnianego zwierza w żadnym nie było.
- Do jasnej anielki – wrzasnęła w końcu – świąt nie będzie!
Pan popatrzył na nią z politowaniem.
Pani darła się dalej, że choinka bez babcinego ptaszka, nie jest choinką! I, że od 1954 roku ptaszek co roku siedział na choince, więc i w 2008 siedzieć musi.
W końcu zadzwoniła do siostry i zapytała, czy ta nie wzięła drewnianego, bo zaginął.
Jolka poradziła jej, żeby pomodliła się do świętego Antoniego, a pani jej na to, że jest szurnięta i niech się sama pomodli w intencji szczęśliwego odnalezienia wiadomo czego. Stukała się przy tym wymownie w głowę.
Nie wiem co (czy modlitwa czy stukanie w głowę), ale poskutkowało, bo ptaszek się odnalazł.
Był w innej szafce, osobno, żeby nic mu się nie stało.
- Dzień bez afer, dzień stracony – podsumował krótko pan i dalej wieszał bombki, a pani dyrygowała na leżąco: tę czerwoną tu, albo nie, tam, albo zamień z tą zieloną, bla bla bla.
Mama pani ma rację. Szymek to święty człowiek, bo z naszą panią diablicą tylko święty może wytrzymać. I my oczywiście. Takie same diablęta, tylko w innej skórze.

Wisława

Fuz wybiera bombki

Fuz wybiera bombki

Drewniany

O to paskudztwo cała afera

Choinka w bombkowym kubraczku

I na zakończenie choinka z odnalezionym ptaszydłem

P.S. Ptasia afera to jeszcze nic! Właśnie okazało się, że pan nie kupił mi i Fuziowi jedzenia! Pani jutro kupi, żebyśmy w święta nie głodowali.

20:33, rumi4n3k
Link Komentarze (1) »
  

Zacznę od tego, że wyrwana ze snu nie myślę logicznie i trudno spodziewać się wtedy po mnie jakichkolwiek przebłysków inteligencji, które przy normalnym funkcjonowaniu występują.

 

Telefon zadzwonił dwie po szóstej.

Machinalnie odebrałam i warknęłam: - Jeśli to pan, to śpię!

Miałam na myśli tego pacankowatego porannego ptaszka od sprzątania i mycia okien.

- Hallo Schatzi! – słuchawka odezwała się głosem Jochena.

- Jochen! Cześć!

- Cześć, właśnie przyjechaliśmy. -  I dziękujemy bardzo za koszyk! – wykrzyczała cała trójka.

Pan Maciej spisał się więc rewelacyjnie.

- A teraz wychodź – powiedziała Marika.

- Właśnie wychodź! – to Jochen.

- Skąd mam wyjść? – zapytałam zdziwiona.

- Stamtąd gdzie się chowasz! No szybko! – to znowu Sikorka.

Poszaleli czy co? – przebiegło mi przez myśl.

- Ale ja się nigdzie nie chowam!

- Joaśka, jest za zimno na zabawę w..., no, wiesz...

- Nie wiem.

- Jak się nazywa po polsku ta zabawa, w którą bawiłaś się w ogrodzie z dziećmi Elke?

O Boże – pomyślałam – a ja akurat pamiętam, w co się bawiłam.

- W chowanego? – rzuciłam pierwszą propozycję.

- Dokładnie. Jest za zimno na zabawę w chowanego – odpowiedział Jochen.

- A kto się bawi? – jęknęłam.

Zapewne gdyby pora była późniejsza i nie byłabym wybita ze snu, zaskoczyłabym w tym momencie, o co chodzi, ale w zaistniałych okolicznościach nadal prezentowałam sposób myślenia totalnej kretynki...

- No ty z nami – ryknął Thomas. Wyłaź!

- Cicho! – to Jochen. – Jo (to do mnie w skrócie), gdzie ty jesteś?

- W domu.

- No dobrze, w jakim domu?

- W swoim.

- W Gdańsku?

- Tak.

Zapadła cisza.

- Ejjj, jesteście tam? – odezwałam się pierwsza.

- Tak – jęknął Jochen. Ale skoro ty jesteś w Gdańsku, to skąd się wziął koszyk u mnie pod domem?

Parsknęłam.

- Spadł z nieba.

I znów cisza. 

- Jochen?

- Tak?

- Myślałeś, że przyjechałam, zostawiłam koszyk i schowałam się w ogrodzie?

- Dokładnie. Szukaliśmy cię kilka minut.

- Pomyśl logicznie, co ja dzień przed świętami mogłabym robić w Dortmundzie?

- Wszystko! – roześmiał się wreszcie. – Jak cię znam, mogłabyś na przykład ubierać choinkę u mnie w ogrodzie... albo szykować przyjęcie urodzinowe. Oboje wiemy, że zawsze byłaś zwariowana, tylko teraz to staranniej ukrywasz...

Jak zwykle ma rację. Mogłabym i ukrywam. Pewnie gdyby okoliczności były inne...

- Jo?

- Tak?

- Nie wiem jak to zrobiłaś, ale dziękuję. Pogadamy później. A teraz śpij dobrze.

- Wy też – odpowiedziałam.

- My jemy kanapki z kiełbasą z koszyka – wymamrotał Thomas.

- To smacznego, a potem dobranoc! – zachichotałam.

- Bye! – ryknęło towarzystwo i połączenie zostało zakończone.

 
09:26, rumi4n3k
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4